Gra

Swastyka - staroaryjski znak Słońca i Ognia -  oznacza nieskończoną zmianę.



Gra

Było południe. Radio podało akurat najświeższe wiadomości: W pielgrzymkę zmierzającą do Częstochowy wjechała ciężarówka wypełniona węglem. Rezultat: 27 osób zabitych i kilkadziesiąt mniej lub bardziej poranionych. Morze krwi i cierpienia. Po za tym wszystko było tak jak zawsze. Słońce świeciło za oknem całą swoją mocą i zapraszało żeby wyjść z domu.

Były wakacje. Justyna leniwie podniosła się z łóżka, w łazience szybko zmyła z siebie resztki snu, a następnie ubrała się w to co zwykle. Zaczął się klejny dzień jej życia. Zjadła śniadanie, nałożyła glany i ruszyła na miasto.

Wysiadła tam gdzie zawsze. Wychodząc z autobusu ujrzała swoje odbicie w wystawowej szybie. Długie blond włosy spływały jej po ramionach na małe aczkolwiek wydatne piersi . Niejedna różowa trendy-girl mogła jej zazdrościć figury, ale co to obchodziło Justynę. Ona mogła wcale nie mieć ciała. Nie katowała się dietami, nie opalała na solarium i nienawidziła różowego co większość jej rówieśniczek uważała za herezje. Była inna.

Ruszyła przed siebie. Żar lał się z nieba jak to zazwyczaj latem na tych szerokościach geograficznych. Justyna z ulgą zanurzyła się w cieniu budynków. Szła pośród nieznajomych ludzi ze wzrokiem wbitym w chodnik. Wokół niej krzyczały kolorami sklepowe ekspozycje towarów, których ona wcale nie potrzebowała. Wyglądały jak tandetna dekoracja to filmu klasy D lub jeszcze niższej, o ile taka istnieje. To było jej średnio duże, ale raczej prowincjonalne miasto w środku Europy. Zbliżała się ku zacienionej bramę. Stał tam typowy menel, jakich w okolicy było wielu. Widywała go już wcześniej. Bez względu na pogodę stał tam, i próbował wyżebrać u przechodniów jakieś grosze na tanie wino lub denaturat, którym mógłby zagłuszyć ból swojego bezsensownego istnienia. Zaczepił ją, gdy mijała bramę, ale ona rzuciła mu tylko twarde spojrzenie, które mówiło : NIE ! - Co za koleś - pomyślała - Jeżeli może tu stać całymi dniami, równie dobrze mógłby nazbierać kilka puszek i nie wkurwiać ludzi swoim smrodem. "Litość to zbrodnia" - Panie N, miałeś racje. - pomyślała - Pewnie uwierzył w słowa Białego Papy, który nakazuje swojej trzódce być miłosiernym wobec takich jako on. Tylko po co ? Żeby przedłużać ich cierpienie ?

Szła dalej. Po prawej stronie zbliżał się autobus. W środkowych drzwiach zobaczyła przyklejoną do szyby znajomą twarz. To była Natasza , wyglądała na cholernie smutną. - Pewnie rzucił ją kolejny facet. - pomyślała Justyna - Czy ona nigdy nie zrozumie tego, że dając na prawo i lewo nie zasługuje na szacunek żadnego normalnego kolesia? Co za idiotka ! I jeszcze twierdzi , że szuka tego jedynego. Czyżby ona tym ciągłym pieprzeniem się z byle kim też próbowała uśmierzyć ból swojego istnienia ? Jakie to wszystko zwierzęce. Justyna mijała akurat sklep mięsny. Przez uchylone drzwi zobaczyła kołyszące się miarowo dwa kawały mięsa. Wyobraziła sobie jak pojękują w ekstazie. - Czy to jest właśnie esencja miłości ? Tego WIELKIEGO UCZUCIA , o którym śpiewają niezliczone rzesze muzyków, i które sławią miliony poetów ? HIPOKRYCI !

Ona była sama. Nie spotkała nikogo podobnego do siebie. Nie czuła potrzeby bycia z kimś dla samego bycia . A jednak w tej właśnie chwili poczuła się straszliwie samotna. Tak mocno że zapragnęła porozmawiać z kimś bliskim . Niestety, wszyscy znajomi wyjechali z miasta. Do matki też nie mogła zadzwonić ponieważ ta pilnowała rozwydrzone bachory na jakichś koloniach, w miejscu na końcu świata, gdzie sieci komórkowe nie maja zasięgu. Pozostał ojciec, ale z nim nigdy nie umiała rozmawiać. Miał co prawda komórkę ale pewnie zbyłby ją paroma słowami i wrócił do swoje pracy, do której rodzina była tylko dodatkiem. W sumie każdy, kto po 12 godzin zapieprzania w hurtowni materiałów budowlanych ma gdzieś całą resztę świata łącznie z żoną i dziećmi. Ale w takim razie po co żyć ? Dla tych paru marnych groszy ? Mroczne myśli robiły się coraz bardziej mroczne....

Na skrzyżowaniu skręciła w prawo. Tam był stary park, taki prawie las ciągnący się od centrum przez całe miasto. Szła przed siebie zacienioną alejką. Nagle zobaczyła grupę ludzi wokół jednej z ławek. To byli ONI - Buntownicy - indywidualiści realizujący się w hektolitrach alkoholu. Młode embriony z tego samego gatunku co menel, którego wcześniej minęła. Część stała, część siedziała ale wszyscy mieli w rękach butelki. Była też tam jakaś znajoma twarz. Jej właściciel zamachał do Justyny niedopitym winem, w zapraszającym geście. Odmachała z niechęcią. Nie należała do nich. Za kilka lat, gdy skończą szkoły, większa część z nich zetnie włosy , wbije się garnitury lub robocze ubrania i zapomni o tym, że są buntownikami. Stado pociąga. Z czasem staną się jego częścią, szarą masą identycznych postaci przemykających przez szare i równie beznadziejne jak oni życie. Oni też są hipokrytami, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. Nieliczni zostaną dalej przy swoim wyimaginowanym buncie i będą sępić po bramach o 50 gr. Tylko po co ? Każdy ich dzień będzie walką z niespełnionymi marzeniami, wypełniającymi ich zniszczone tanimi winami głowy. Wyżebranie 50 gr będzie dla nich jak orgazm - bilet do chwilowego nieba nieistnienia, gdzie świadomość rozpieprza się na niepowiązane ze sobą fragmenty i już te cholerne ŻYCIE tak nie boli. Czy nie lepiej od razu ze sobą skończyć ? Nie chciała być uczestnikiem żadnego z tych dwóch jak najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Minęła ich i skierowała się ku najbardziej dzikiej części parku.

W oddali zobaczyła ławeczki. Siedziało na nich kilku dziadków. Dwóch z nich grało w szachy, reszta kibicowała zaciągając się "Męskimi" bez filtra. Uciekli tutaj od swoich zrzędliwych żon, wydzielającym im kasę na fajki. - W sumie lepsze to niż klepanie paciorków z Radiem Maryja. - pomyślała Justyna. Zbliżyła się do nich i zatrzymała w pewnej odległości do stołu. Figury poruszały się po szachownicy popychane kościstymi palcami, a dziadkowie żywo reagowali na każdy ruch. - Celem tej gry jest jak najszybsze zwycięstwo - zamruczał jeden z nich - Już mogłeś dać mata, a tak ciągle się męczysz. Nie zmarnuj kolejnej okazji ! - W jakim celu oni grają ? Żeby zabić czas dzielący ich od śmierci ? -pomyślała - Swoje już przeżyli. Na co oni czekają ? Jutro znowu tu przyjdą i będą pierdzielić z jakimi okropnymi kobietami się związali, jak to było za ich czasów i jak ta dzisiejsza młodzież okropna. A pewnie było tak samo....szaro i beznadziejnie, jak zawsze w tym katolickim kraju. W końcu to oni wychowali swoje dzieci, a ich dzieci swoje dzieci...

Ruszyła w stronę przystanku. Park się skończył, dalej nie było już nic.

Wysiadła przed swoim pudełkowatym blokiem. Ze swoimi 11 piętrami wznoszącymi się w górę wyglądał jak baszta zamku wniesionego przez jakieś zapomniane przez historię plemię gigantów. Wjechała windą na ostatnie piętro - tam było jej mieszkanie, ale nie miała ochoty do niego wejść . Wszystko wydawało się bez sensu. W głowie dudniło jej jedno, ztysiąckrotnione pytanie : Po co to wszystko ? Po co oni piją ? Po co Natasza chodzi do łóżka z byle kim ? Po co te dziady narzekają, na rzeczywistość , której i tak nie można zmienić ? PO co !? PO co ??!! PO CO mój ojciec zapieprza po 12 godzin ?!! Po co ja szwędam się po tym durnym parku ? Po co ja żyje ? Żeby z czasem stać się taka jak oni ? Nie Chce ! Nie umiem ! Weszła po schodach na dach gdzie była maszynownia windy i mały balkonik. Spojrzała na swoje paskudne osiedle i pierwszy raz w życiu przeszła przez barierkę. Zbliżyła się do krawędzi dachu . ZIEMIA była na prawdę daleko. Pytania rozsadzały jej głowę. Nie było żadnej odpowiedzi, ani niczego co by ją łączyło z rzeczywistością, w której żyła . - Ja już nie chcę być ! - krzyknęła. Zrobiła krok przed siebie. W pustkę. Runęła w ciszę. Opadała szybko i bezwładnie. Zacisnęła powieki. Czuła się szczęśliwa - po raz pierwszy w życiu. Za chwilę nie będzie już żadnych pytań. Nie będzie nic.

--------------------------------------------------------------------------------------------

Ocknęła się. Otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą napis: Koniec GRY. Twój wynik - 17 lat, 2 miesiące i 19 dni. - Nie źle - pomyślała .Wstała z łóżka , zdjęła z głowy neuroprojektor i położyła obok komputera. Jestem w pierwszym milionie tych , którzy ukończyli GRĘ. Większość nawet nie zrozumiała zasad, a były takie prostackie...Jeżeli ból jest tym od czego uciekamy, a śmierć ostatecznym ukojeniem, to szybka śmierć jest wygraną. Proste i logiczne....Daj sobie mata !

Było południe. Radio podało akurat najświeższe wiadomości: W pielgrzymkę zmierzającą do Częstochowy wjechała ciężarówka wypełniona węglem. Rezultat: 27 osób zabitych i kilkadziesiąt mniej lub bardziej poranionych. Morze krwi i cierpienia. Po za tym wszystko było tak jak zawsze. Słońce świeciło za oknem całą swoją mocą i zapraszało żeby wyjść z domu. - Tylko po co ..............? - pomyślała - Eeee? To już chyba było...

2003




« Powrót